Polska szkoła sobotnia od środka. Cztery godziny, cudza klasa i herbata z termosu
W sobotę budzik dzwoni u nas o 7:15, czyli wcześniej niż w tygodniu. Tymek marudzi, Rafał robi kanapki, ja pakuję torbę z książkami i termos. O 9:10 jesteśmy pod irlandzką szkołą podstawową w Dublinie 15, którą nasza szkoła sobotnia wynajmuje od kilku lat. Lekcje trwają od 9:30 do 13:30.
Uczę tu od siedmiu lat. W tym roku mam klasę drugą, szesnaścioro dzieci w wieku od siedmiu do dziewięciu lat.
Kim są dzieci
Każde z moich szesnaściorga dzieci chodzi w tygodniu do irlandzkiej szkoły. Większość urodziła się w Irlandii, dwoje przyjechało z Polski rok temu. Rozrzut w języku jest ogromny. Jedna dziewczynka czyta po polsku lepiej niż ja w jej wieku, bo mama czyta z nią od urodzenia. Jeden chłopiec rozumie, ale odpowiada wyłącznie po angielsku i pisze polskie litery tak, jakby rysował.
Wszystkie przychodzą po pięciu dniach szkoły. Dla wielu sobota w ławce to kara, a nie przywilej. Dlatego najbardziej staram się o to, żeby nie była.
Jak wygląda sobota
Nasze cztery godziny to:
- Język polski, prawie dwie godziny z przerwą. Czytanie, pisanie, rozmowa.
- Wiedza o Polsce, około godziny. Historia i geografia na poziomie drugiej klasy: legendy, rzeki, Kraków i Warszawa na mapie, symbole narodowe.
- Przerwa, pół godziny. Kanapki, gra w berka na trawie przed szkołą, jeśli nie pada. Pada często.
- Zajęcia plastyczne albo muzyczne, reszta czasu. Polskie piosenki, prace na święta.
Rodzice w tym czasie siedzą w holu przy termosach albo jadą na zakupy. Część z nich pomaga przy wydarzeniach, dyżurach i sprzątaniu, bo szkoła działa w dużej części dzięki wolontariuszom. Nauczyciele dostają niewielkie wynagrodzenie, opłacane z czesnego, które wnoszą rodzice.
Cudza klasa
Najtrudniejsze w szkole sobotniej jest to, że nic nie jest nasze. Uczymy w klasach irlandzkich nauczycieli, między ich plakatami, ich przyborami i ich rysunkami na ścianach. Nie wolno nam niczego ruszać. Nie mamy szafek, więc wszystko przywozimy w torbach i zabieramy ze sobą. Po zajęciach klasa musi wyglądać dokładnie tak, jak ją zastaliśmy: krzesła na ławkach, tablica czysta, kosz pusty.
W pierwszym roku o tym zapomniałam. Chciałam, żeby dzieci miały "polski kącik", więc na każdą lekcję przyklejałam do ściany plakaty z alfabetem i mapą Polski masą mocującą. Po zajęciach zdejmowałam. Nie zauważyłam, że na świeżo malowanej ścianie masa zostawiała tłuste, jasne plamy. Po dwóch miesiącach ściana w klasie irlandzkiej pani wyglądała jak w ciapki.
Dyrektor napisał do naszej szkoły uprzejmy, bardzo irlandzki mail. Musiałam się tłumaczyć i przepraszać, a nasza dyrekcja przez tydzień bała się, że stracimy budynek. Rafał w sobotę po zajęciach zamalował plamy farbą, którą dał nam dozorca.
Teraz mam plakaty zalaminowane i stawiam je na sztaludze, którą przywożę w bagażniku. Na ścianę nic nie przyklejam, nawet taśmą.
Po co to wszystko
Czasem, kiedy o siódmej rano w sobotę pada, a Tymek mówi, że nie chce iść, pytam siebie o to samo. Po co?
Odpowiedź przychodzi zwykle koło dwunastej. Jest przerwa, szesnaścioro dzieci biega w deszczu po trawie i krzyczy do siebie. Po angielsku, po polsku, w mieszance, której nikt poza nimi nie rozumie. Znalazły się w jednym miejscu, bo mają wspólne coś, czego ich irlandzcy koledzy nie mają. Nie chodzi tylko o język. Chodzi o to, że w sobotę nikt nie pyta ich, skąd są, bo wszyscy są stąd i stamtąd jednocześnie.
